Zamknij oczy, to rzeczywistość przestanie istnieć

- Mamo, on molestował Tamarę! - Halszka mówi, że molestowałeś Tamarę, to prawda? - Nic jej nie zrobiłem, tylko sobie podotykałem - Słyszysz, ojciec mówi, że tylko sobie podotykał, daj mu już spokój, on jest chory

Tak miej więcej brzmi rozmowa dorosłej kobiety, która dzwoni do matki bo odkryła, że jej ojciec - oprawca z dzieciństwa - molestuje teraz jej ośmioletnią córkę. Ten dialog opisała Katarzyna Surmiak–Domańska w nominowanym do tegorocznej Nike reportażu „Mokradełko”. Przypomniał mi się, kiedy słuchałam wypowiedzi różnych kościelnych hierarchów, a ostatnio wystąpienia Kardynała Dziwisza, o nagonce medialnej na Kościół.



Istnieje taki mechanizm, opisany szeroko w światowej literaturze przedmiotu, że w hierarchicznych, zamkniętych środowiskach, w których ujawniony zostaje fakt molestowania seksualnego (patriarchalna rodzina, wspólnota religijna, szkoła), jeśli molestowania dopuszcza się ktoś obdarzany autorytetem i szanowany - otoczenie zaczyna ten fakt pomniejszać i wypierać, przerzucać winę albo na ofiarę albo na tego, kto molestowanie zgłasza. Tak było 12 lat temu w Tylawie – wieś prześladowała kobietę, która jako pierwsza o zachowaniu proboszcza zaczęła mówić głośno. Tak było w Poznaniu w sprawie arcybiskupa Paetza – największą cenę zapłacił posłaniec złej nowiny czyli ksiądz Tomasz Węcławski, który w rezultacie tej sprawy opuścił stan duchowny, wystąpił z Kościoła i zmienił nazwisko, a jego podręczniki, z których do tej pory uczyli się studenci teologii i seminarzyści, zostały przez Kościół wycofane. Natomiast Arcybiskup Paetz, co prawda przestał był głową poznańskiego kościoła, ale za to pozostał towarzyską ozdobą poznańskich salonów i premier.

A kiedy czytam jak, prawie jednym tchem, prawicowi dziennikarze piszą w swoim liście „Do koleżanek i kolegów dziennikarzy”: „Postępowanie mediów wobec Kościoła, nasuwające skojarzenia z obu totalitaryzmami XX wieku, kontrastuje z relatywną pobłażliwością wobec przestępstw seksualnych, w tym także pedofilii, popełnianych przez przedstawicieli establishmentu. (….) Przypominamy jednocześnie, że zaledwie 24 lata temu to Kościół był jedyną dużą oazą wolności. Przypominamy, że bez Kościoła nie byłoby wolnej Polski. Podkreślamy, że zasada ta odnosi się, naszym zdaniem, również do przyszłości” - przypomina mi się, jak Krzysztof Zanussi bronił Polańskiego nazywając jego ofiarę nieletnią prostytutką, jak Dorota Stalińska przekonywała, że trzynastolatka pchała mu się do łóżka, więc on, 44 letni mężczyzna, nie jest za seks z nią w żadnym stopniu odpowiedzialny, jak inni jego obrońcy sugerowali, że artyście wolno więcej, że taki był czas w Hollywood, że trauma Polańskiego z dzieciństwa etc. I naprawdę jakoś nie potrafię dostrzec większej różnicy między tymi dwoma postawami jakże różnych środowisk - pomniejszania, wypierania i przerzucania winy.

Czy rzeczywiście jesteśmy świadkami medialnej nagonki na Kościół? Takiej, jaką obrońcy Polańskiego wtedy zarzucali mediom? Owszem, można odnieść takie wrażenie - ruszył efekt kuli śnieżnej – im więcej się o tym pisze, tym więcej osób, które do tej pory milczały, zbiera się na odwagę by mówić. A media chętnie te relację przyjmują i puszczają w świat. Chętnie piszą i mówią o przypadkach nadużyć seksualnych w Kościele, ale ich jednak nie tworzą - to jednak nie wina termometru, że pacjent ma gorączkę.

Te relacje są tym bardziej szokujące – i dla tych, którzy je przekazują i dla tych, którzy je czytają - że Kościół i jego przedstawiciele od wieków byli w Polsce otaczani czcią i szacunkiem, obdarzani największym zaufaniem. Mogę więc od biedy zrozumieć rozpaczliwą próbę odwrócenia uwagi od meritum sprawy, czyli od wykorzystywania statusu osoby najwyższego społecznego zaufania do realizowania przestępczych praktyk seksualnych. Dla kogoś, dla kogo Kościół jest matką i pierwszą ojczyzną to niewyobrażalny szok poznawczy, większość z nas w podobnej sytuacji broni się przed prawdą, na którą nie jesteśmy gotowi, z którą nie wiadomo jak żyć, która może przewartościować całą bezpieczną konstrukcję światopoglądową. W obronie świata, w który się wierzy, zdarza się chwycić za każdą broń – nawet strzelając sobie w stopę, tak jak strzelił sobie tygodnik „W Sieci” okładką z Tomaszem Lisem w roli Szatana. Strzał stopę w tym wypadku głównie polega na tym, że miało być strasznie, wiać zgrozą, krew w żyłach miała zastygnąć, a tymczasem ten sakro-satano-kicz z photoshopa wyszedł tak śmieszny, że moim zdaniem nawet się nie nadaje na poważny pozew sądowy.

A w tej całej groteskowej i żałosnej szamotaninie umyka najważniejsze – to, co czują ofiary, kiedy czytają, że upominanie się o sprawiedliwość i zadośćuczynienie, ujawnianie prawdy jest mniej ważne, niż dobre samopoczucie (niektórych) księży i (niektórych) prawicowych dziennikarzy.
Trwa ładowanie komentarzy...