Ewa Wanat - BLOG

O autorze ↓

Koledzy i koleżanki, skończmy z tą hipokryzją

Helsińska Fundacja Praw Człowieka wydała oświadczenie krytykujące publikację „Wprost” dotyczącą Kamila Durczoka i podkreśliła, że tego typu sensacyjne, plotkarskie, niezgodne z warsztatem dziennikarskim artykuły „odwracają uwagę od dyskusji o ważnych problemach społecznych, które niekiedy są podnoszone w tego typu publikacjach (jak mobbing i molestowanie seksualne w miejscu pracy). W rezultacie istotne zagadnienia o publicznym znaczeniu przykrywane są tanią sensacją”.

Właśnie o tym myślę od tygodnia – dziennikarze zajmują się erotycznymi gadżetami i torebkami z białym proszkiem znalezionymi w mieszkaniu, w którym podobno miał bywać szef Faktów, a zamilkli na temat poruszony przez tygodnik tydzień wcześniej - na temat molestowania seksualnego w pewnej redakcji przez pewnego znanego dziennikarza. Tak jakby koledzy i koleżanki dziennikarze odrzucili ten gorący, parzący kartofel i z wyraźną ulgą skupili się na analizie warsztatu zawodowego, lub raczej jego braku, w następnym numerze tygodnika. No cóż, pranie własnych brudów zawsze bywa najtrudniejsze. Jednak od samego udawania, że u nas wszystko czyściutkie, brzydki zapach nie zniknie. A tymczasem sprawa śmierdzi, aż nos wykręca.


Pamiętam słynne zdjęcia sprzed dziewięciu lat, które pokazała telewizja TVN - Tadeusz Iwiński, doradca premiera ds. międzynarodowych, całuje, przytula i sięga ręką pod żakiet polskiej tłumaczki. Te zdjęcia nie sprowokowały dyskusji o molestowaniu, raczej śmichy-chichy z nadpobudliwego polityka. Dziś jesteśmy dalej, wiemy więcej, temat molestowania seksualnego w świecie polityki jest już znany i chyba przepracowany od czasu artykułu Marcina Kąckiego w Gazecie Wyborczej „Praca za seks”, który doprowadził do upadku rządu PiS-Samoobrona-LPR. Dziś dziennikarze chętnie tropią i piętnują w różnych środowiskach takie wykorzystywanie władzy i zależności służbowej, jednak szerokim łukiem omijają własne redakcje. Tak jakby media były jedynym miejscem, gdzie wszyscy szefowie szanują swoje podwładne i nawet im przez myśl nie przejdzie, żeby władzę nad nimi wykorzystywać do wkładania im rąk pod żakiety.

Nie wiem, kim jest ten „znany dziennikarz”, nie wiem kim jest anonimowa dziennikarka opowiadająca „Wprost” o tym, że była molestowana. Czuję silny wewnętrzny sprzeciw przeciwko temu, że bez żadnych dowodów wielu komentatorów uznało, że chodzi o Kamila Durczoka. Nie wiemy o kogo chodzi. Wiem natomiast, że chyba po raz pierwszy pojawił się temat przemilczany dotąd w mediach – o tym, że i w naszym środowisku dzieją się takie rzeczy – tak samo jak w Kościele Katolickim, w klubach sportowych, w urzędach, instytucjach, korporacjach. Tak, to prawda - również w mediach są faceci, którym się wydaje, że szefem się jest między innymi po to, żeby mieć swobodny dostęp do zależnych od siebie kobiet, seksualny dostęp. Faceci, którym poklepywanie po tyłku dziennikarki daje poczucie mocy, leczy ich kompleksy, karmi Ego. Bo w molestowaniu seksualnym często nie chodzi tylko o seks, czasami w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o panowanie przez poniżanie, podnoszenie siebie przez pomniejszanie innych, poprawianie własnej samooceny przez naruszanie cudzej godności.

Tymczasem to się dzieje. W wielu redakcjach. O czym wie wielu dziennikarzy, a przede wszystkim wiele dziennikarek. Molestującymi bywają redaktorzy naczelni, szefowie działów, liderzy zespołów redakcyjnych – być może dlatego media nabrały wody w usta, bo to przecież oni decydują o tym, jakimi tematami zajmują się media, którymi zarządzają. Trudno wymagać od tych, którzy mają nieczyste sumienia, żeby sami na siebie kręcili bat.

Jest być może jeszcze jeden powód, dla którego tak nam trudno podjąć ten temat, zwłaszcza kobietom, zwłaszcza tym, które robią rzeczywiste kariery w mediach - pod linkiem do mojej audycji w Radiu RDC, w której rozmawiałam o tym problemie z Kamilą Biedrzycką - Osicą, Pauliną Młynarską i Magdaleną Rigamonti ukazał się na radiowym Facebooku komentarz słuchającego tej audycji Artura Ka: ”Flirt a molestowanie - moim zdaniem problem bezkarności szefów molestujących w pracy polega na tym, że Obiekt Molestowania zatraca wyczucie granicy flirtu. Sądzę, że zatraca go w wyniku niskiego poczucia swojej wartości. Zatraca go w nadziei, że to co się dzieje wynika z adoracji ze strony szefa, nie zaś z naruszenia godności albo poniżenia lub upokorzenia. Zatraca go zwłaszcza wtedy gdy szef jest atrakcyjny, zadbany, ma władzę i autorytet w firmie. Obiekt nie stawia wyraźnej granicy. Czuje się wyróżniony, wspierany. Potem się po prostu gubi. Nie wie, kiedy tak naprawdę flirt przeradza się w mechaniczne molestowanie. Staje się bezwolną ofiarą. Wierzy, że szefowi można więcej, bo to taki sposób wyrażania zainteresowania. Może niecodzienny, ale jednak. Na koniec tłumaczy i siebie i szefa. Czuje się współwinny. Boi się przyznać. Bo jednak zaczęło się od flirtu. W rezultacie jako ofiara, staje się zależny od "relacji szacunku" wobec szefa”.

Myślę, że te kobiety ale i mężczyźni (bo przecież mężczyźni również bywają molestowani przez szefowe), którzy rzeczywiście mają sukcesy w swoim zawodzie, mogą nie chcieć mówić o tym, że były i byli molestowani, bo obawiają się, że to rzuci na nich cień: „no tak, zrobiła/ zrobił karierę przez łóżko” – a kto z nas chce by nasza ciężka praca, talent, poświęcenia i wyrzeczenia, które doprowadziły do pozycji w zawodzie, zostały przekreślone przez odium prostytucji?
Trwa ładowanie komentarzy...