Powstanie Warszawskie oczami Jana Komasy, czyli apokaliptyczna rzeź pod patronatem Tarantino

Jestem pewna, że świat dowie się o Powstaniu Warszawskim od Jana Komasy. I bardzo się z tego cieszę, bo w filmie „Miasto 44”, którego przedpremierowy pokaz odbył się 30 lipca na Stadionie Narodowy , nie ma ani grama „patriotyzmu”, czyli tej karykatury miłości do ojczyzny, jaką widać w apologetycznej i zmitologizowanej narracji o powstaniu jako o świadomym, szlachetnym patriotycznym zrywie.

Nie ma w tym filmie bogoojczyźnianego heroizmu jest za to bezsensowna rzeź - rzeź miasta i rzeź dzieci. I jest to film niezwykły, wciskający w fotel i wyciskający łzy w bezwzględny sposób. Już po tym pierwszym pokazie widać też, że jest to film wkładający kij w mrowisko, jątrzący, budzący gorące, skrajne emocje. I dobrze i tak powinno być, bo po co artysta w ogóle jest? Po to, żeby zmieniać rzeczywistość. I żeby wkurzać, boleć, nie dawać spokoju.
Komasa przed projekcją filmu powiedział „chcę żeby ten film zmienił choć trochę świat" - czy zmieni świat nie wiem, ale na pewno wpłynie na to, jak powstanie będzie teraz widzieć młode pokolenie. Bo oni film Komasy pokochają, bo jest dla nich i w ich języku, bo jest przewrotny, okrutny i cmentarnie dowcipny – naszpikowany cytatami z popkultury - filmów Tarantino, japońskich horrorów, masakr teksańską piłą łańcuchową i jatek z najbardziej krwawych komputerowych gier.



Świadomie bawiąc się róznymi konwencjami, manipulując naszymi emocjami również za pomocą niepotykanej w polskich filmach techniki, Komasa opowiada o młodzieży walczącej w pozwstaniu z największą czułością, z bliska, intymnie. Widać, że powstańców kocha i że mu ich głęboko żal. Sentymentalizm, czasem egzaltacja mieszają się z sarkazmem, groteską, niespodziewanym efektem komicznym. Wybuchowa mieszanka, ekstremalne przeżycie - ja lubię takie gorąco/zimne dzieła sztuki. A na finale, który jest chyba jednym z najbardziej kiczowatych i zarazem jednym z najpieknięjszych obrazów polskiego współczesnego kina może nie zapłakać tylko zaprawiony w boju, zahartowany i opancerzony krytyk filmowy

Zdziwiła mnie recenzja Tadeusza Sobolewskiego, którego pisanie o filmie bardzo cenię – jak rzadko u niego nie pozostawiająca na filmie suchej nitki : „ten film można porównać do tunelu okropności w wesołym miasteczku”. Tak to widzi koś, kto "Kanał" i "Eroicę" uważa za Wielkie Kino, a film Komasy za jego imitację. Problem w tym, że dzisiejsi 18-to latkowie, którzy się tym filmem zachwycą (jestem pewna) nie mogą mieć takich skojarzeń, bo już nie wiedzą , czym taka retro podróż w archaicznym labiryncie okropności jest. Są wychowani na komputerowych grach, efektach specjalnych i w nieustannie zmieniającej się, migoczącej rzeczywistości. Dla nich będzie też zapewne, dzięki temu filmowi oczywiste, że powstanie musiało wybuchnąć – ich rówieśnicy z przeszłości nie mieli już siły żyć jak zwierzęta, mieli potężne pragnienie wyrwania się z upokorzenia i strachu. Nie mieli pojęcia o sytuacji geopolitycznej, układach, wojennej taktyce i strategii. Chcieli się wyrwać z piekła i trafili do niego jeszcze głębiej. Ale to była – dla nich wtedy – jedyna widoczna droga wyjścia.

„Miasto 44” to film, jakiego nie zrobił dotąd żaden polski reżyser – totalny, pozbawiony kompleksów i kulturowych zahamowań. To film szaleńczy, prowokacyjnie kiczowaty, naładowany erotycznym napięciem, nurzający się w skrajnym okrucieństwie najbardziej krwawych horrorów. Dla najmłodszego pokolenia w Polsce i dla świata (bo nie mam wątpliwości, że ten film zrobi karierę poza Polską) Powstanie Warszawskie będzie miało twarz „Miasta 44” – apokaliptycznej rzeźni, w jaką zamieniła się Warszawa w sierpniu 1944.

PS - Młodziutcy aktorzy, trójka głownych bohaterów - Zofia Wichłacz, Anna Próchniak, no i - Józef Pawłowski - fantastyczni!
Trwa ładowanie komentarzy...